Życie w pojedynkę - powołanie czy przymus?

(150 -kwiecień2007)

Oaza to nie krótkie spodnie

Anna Lipska

Czy da się być dorosłym oazowiczem po formacji podstawowej, nie będąc w Domowym Kościele i czy można się rozwijać mimo braku własnej grupy formacyjnej
Mam czasem wrażenie, że w oczach wielu osób rozwój w Ruchu możliwy jest do około 25. roku życia, a później albo ślub i Domowy Kościół, albo konieczność szukania gdzieś indziej. Tyle uwag: „Teraz oaza mi już nic nie daje, jestem za stary, nie mogę się rozwijać, nie ma dla mnie tu miejsca, wyrosłem, nie mam tu co robić”.

Rzeczywiście, droga formacyjna dla DK jest jasna, więc jeśli ktoś ma współmałżonka, to kierunek rozwoju jest konkretnie określony. Dla jeszcze nie takich „starych” panien i kawalerów okazją do własnej formacji jest prowadzenie grup formacyjnych - wtedy własny rozwój niejako jest wymuszony przez towarzyszenie uczestnikom, powtarzanie sobie i utrwalanie, oraz weryfikację treści formacyjnych w moim życiu. Ale co wtedy, gdy z braku „drugiej połowy” nie ma szans na DK, na prowadzenie grupy młodzieżowej jestem „za stary” (bo starszy od wszystkich o 10 lat), grup studenckich ani dla dorosłych w okolicy nie ma, a jakoś nie czuję namaszczenia do prowadzenia całej watahy parafialnych Dzieci Bożych?

Moim zdaniem wtedy właśnie zaczyna się normalne, codzienne i dojrzałe członkostwo w Ruchu. Czyli życie, do którego byliśmy przyuczani przez kilka lat formacji podstawowej - życie charyzmatami Ruchu Światło-Życie już w całości, na poważnie, w rzeczywistości, a nie teorii. W pracy zawodowej, życiu osobistym, odpoczynku. Ciągłe odpowiadanie sobie na pytanie jak wygląda moje świadectwo, Nowa Kultura, jak wcielam w moją pracę światło Bożego Słowa? Jak mam służyć Bogu i ludziom będąc dojrzałym członkiem społeczeństwa? Czy to, co poznałem koło pierwszego stopnia, czyli wierność Słowu Życia, teraz, po kilkunastu/kilkudziesięciu latach nie stało się dla mnie zbędnym trudem? Czy rzeczywiście obejmuję nim moje wybory życiowe, moje relacje, moje wartości, edukację, znajomych, rodzinę?

Bycie we własnej grupie formacyjnej miało mnie przygotować do umiejętnego samodzielnego troszczenia się o własny rozwój, gdy już nie będzie animatora, wskazującego co i kiedy przeczytać, sprawdzającego moje postępy i mobilizującego mnie z tygodnia na tydzień. Teraz już wiem, czego i gdzie szukać, by karmić swą wiarę, wiem że warto i wiem, że powinienem sam wziąć odpowiedzialność za swoje życie duchowe, bez czekania, aż ktoś mnie zmotywuje i poprowadzi za rączkę. Teraz jest czas na wzrastanie w SŁOWIE BOŻYM, LITURGII I SAKRAMENTACH. I właściwie w tym mamy wszystko, co jest potrzebne do naszej własnej formacji - nigdy nam nie zabraknie ani aktualnych dla naszej sytuacji życiowej wyzwań, ani głębokich treści, ani łaski. A przecież Pan Bóg dał nam i poprzez Ruch i poprzez sam Kościół także mnóstwo innych pomocy w formowaniu nas samych na drodze do Niego.

Jeśli nie widzę dla siebie możliwości w oazie, to może po prostu nie znam oazy? Może warto poznać i zgłębić podstawowe charyzmaty, by zyskać prawdziwy obraz Ruchu i wtedy dobrze poszukać, gdzie konkretnie mnie Pan Bóg potrzebuje? Trud życia charyzmatami podstawowymi w dorosłym życiu jest ogromny i nie za bardzo rozumiem osoby, które twierdzą, że im tego za mało. Trzeba wytrwałości i wierności, by pomiędzy pracą, życiem towarzyskim, spaniem, praniem i gotowaniem znaleźć codziennie czas na Eucharystię (minimum 30 minut) i „porządny”, nie na chybcika Namiot Spotkania (drugie pół godziny). A liturgia godzin? A różaniec? Modlitwa KWC? Do tego praktyka postu (to nie tylko dar dla bliźniego, czy Boga, ale i mocny dar dla naszego rozwoju). Ma ktoś jeszcze czas i siłę? Chce ktoś więcej, głębiej, intensywniej się rozwijać?

     Dla potrzebujących czegoś więcej jest tyle lektur!!! Co roku są wydawane materiały formacyjne dla animatorów i z tego też można korzystać, niekoniecznie prowadząc grupę. Czas też wreszcie na to, by zajrzeć na dłużej do OICA, OWMR, na poznanie pism ojca Franciszka i poczytanie o Nim samym, na przeczytanie dogłębnie Biblii z dokładniejszymi komentarzami, KKK itp. - kto tak naprawdę przeczytał to od deski do deski? Czas na pogłębienie wiedzy teologicznej, zaznajomienie się z pismami ojców Kościoła, rozważenie encyklik, listów papieskich, adhortacji, i choćby całego bogactwa Vaticanum II! Materiału do autoformacji starczyłoby na najbliższe 30 lat, a przecież Kościół wciąż żyje, rozwija się, naucza.

Prócz brania, elementem formacji jest też dawanie, praktykowanie służby i miłości. Agape. Już nie słodkie teorie, ale sprawdzian, czy byłem w Ruchu żeby jedynie korzystać i żeby mi było przyjemnie, czy już dojrzałem do tego, by dawać i poprzez dawanie odnajdować szansę na własny rozwój. Czekają na mnie diakonie diecezjalne, ale i centralne, ewangelizacje i pomoc przy rekolekcjach. Przecież nie tylko młodzieży trzeba dawać świadectwo! A nawet podczas ewangelizacji dla młodzieży potrzeba modlitwy osłonowej, czasem zrobienia prezentacji multimedialnej, a czasem po prostu herbaty. I odwiezienia animatorów „młodzieżówki” wieczorem do domu.

A „żywy Kościół”? Aktywny udział w życiu parafii? Służba liturgiczna np. lektorska (tu nie ma limitu wieku)? Warto czasem pójść do własnego Proboszcza i spytać, do czego nas potrzebuje. A tak często na liturgii godzin czy na adoracji parafialnej nie widać dorosłych oazowiczów...

Tak naprawdę dla dorosłych osób samotnych jest specjalne miejsce w oazie, nie tylko (aż) poprzez modlitwę. Naszą rolą może być nadawanie smaku Ruchowi przez dyspozycyjność, która nie jest możliwa dla dorosłych mających rodziny. My mamy więcej czasu, niezależności, swobody w zarządzaniu własną osobą. Możemy także ofiarować nasze doświadczenie, mądrość nie tylko teoretyczno-konspekto- wą, ale życiową, świadectwo, pokazanie na czym polega wierność charyzmatom W ŻYCIU, a nie tylko we wspólnocie.

Naszą rolą jest wsparcie młodszych animatorów, przekazywanie wiedzy, stymulowanie formacji kulturalnej i intelektualnej, urealnianie idealistycznych lub fatalistycznych zapędów „młodzieżówki”. Dajemy powiew trwałości, tradycji, ale możemy też ożywiać. Możemy zorganizować wyprawę do teatru, mecz siatkówki, wieczór filmowy; pojechać na młodzieżową Oazę Modlitwy, powiedzieć konferencję, poprowadzić modlitwę „jak to dawniej bywało” i opowiedzieć o tym, że można być porządnym człowiekiem w dorosłym życiu.

     Pożyczyć książki, wytłumaczyć konspekt, przed imprezą wspólnotową nauczyć kroków do walca, przed maturą udzielić korepetycji, nauczyć chłopców naprawiania kranu, a dziewczęta szycia lub gotowania. Wybrać się na wycieczkę z Dziećmi Bożymi, albo przypilnować maluchów Domowego Kościoła, gdy ich rodzice naprawdę potrzebują już odpoczynku. Jeśli trzeba przenocować kuzynkę znajomego ze wspólnoty, to osobie samotnej będzie przecież łatwiej ją przyjąć - bo DK ma często małe dzieci, a młodzież ma przecież nie zawsze chętnych rodziców. Ktoś musi pełnić rolę pogotowia ratunkowego. Żeby było do kogo przyjść, wyżalić się, przytulić, pogadać gdy łatwiej jest zwierzyć się nie koleżance, a komuś 15 lat starszemu, prawie cioci. To jest nasze specyficzne powołanie do „posiadania siebie w dawaniu siebie” i nasza szansa na rozwój ku chwale Bożej i dobru człowieka.

Jeśli ktoś potrzebuje dodatkowo formalnego bycia prowadzonym (prócz zwyczajnego kierownictwa duchowego, o którym warto pamiętać), a wykorzystał już szanse specjalistycznych ORD, i formacji diakonii, to przecież można np. rozpocząć spotkania formacji permanentnej, czy jeździć na Szkoły Animatora. W niektórych diecezjach „staruszkowie” po trzydziestce też znajdują tam swoje miejsce, w gronie takiej samej „geriatrii”. Jeśli nie ma takiej grupy, to może trzeba ją samemu zorganizować, nie czekając, by ktoś to zrobił za nas? Jeśli tego nam za mało, albo czasem potrzebujemy dodatkowego „zasilenia” z zewnątrz, może warto pojechać na rekolekcje ignacjańskie, na jakieś dni skupienia, wziąć udział w Seminarium Odnowy w Duchu Świętym dla Ruchu Światło-Życie lub odwiedzić Centrum Ruchu, żeby pooddychać u korzeni. To wielu osobom daje siłę na dalszą samodzielną formację. Trzeba tylko wziąć życie w swoje ręce, by móc je dojrzale powierzyć Bożym dłoniom. I chcieć, by Jezus był rzeczywiście moim Panem i Zbawicielem nie tylko do mojego 25. roku życia lub w małżeństwie, ale także w mojej samotnej dorosłości.