Ziemia Święta

(213 - listopad - grudzień 2016)

Światełko w tunelu

świadectwo

Opuszkami swych palców dotykałem czystej historii i starotestamentalnych opowiadań

Był rok 2000. Umówiłem się ze znajomym, szefem biura pielgrzymkowego, że oprowadzę po Izraelu dwie grupy. Dowiedziałem się bowiem, że pomiędzy jedną a drugą grupą po raz pierwszy w życiu będę miał czas na prywatne zwiedzanie Ziemi Świętej. Plany miałem ambitne. Koniecznie chciałem zobaczyć kilka miejsc, do których nie prowadziły wówczas pielgrzymie szlaki. Dzień za dniem realizowałem swoje zamierzenia: źródło En Gedi, świątynia chalkolityczna, Góra Kuszenia, pałac Heroda w Jerycho, Kamieniołomy Salomona, Muzeum Rockefellera. Ziemia Święta oczarowała mnie na nowo. Nie wiedziałem, że najbardziej niezwykłe doświadczenie dopiero mnie spotka. 

Przeglądając przewodniki natrafiłem na informację, że pod Miastem Dawida można przejść tunelem. Informacje były jednak na tyle ubogie, że nie miałem pojęcia, jak to wszystko może wyglądać i co należy wziąć ze sobą. Przez hałaśliwy targ arabski i nowoczesną dzielnicę żydowską zszedłem do Doliny Cedronu. Zacząłem się rozglądać, aby znaleźć wejście do Źródła Gichon. Mała tabliczka w języku angielskim nie pozostawiała wątpliwości. To tu. Ze zdziwieniem odkryłem, że wejście jest zamknięte potężną kratą. Rozczarowany stanąłem przed nią i wpatrując się ciemność tunelu usłyszałem nagle słowa: „Do you want to enter the tunel?” W pierwszym momencie nie wiedziałem, czy głos dochodzi do mnie z ciemności czy też zza pleców. Dopiero po chwili odwróciłem głowę i zobaczyłem przed sobą ogorzałą twarz dojrzałego mężczyzny. Entuzjazm mojego: „Yes, of course” wywołał spontaniczny uśmiech na jego twarzy. Zapytał, czy mam latarkę. „Latarkę?!” – powtórzyłem. I przypomniałem sobie spotkanie ze znajomym, u którego zasięgałem informacji przed planowanymi eskapadami i jego słowa: „Po co ci latarka…, daj spokój, za dużo masz miejsca w plecaku?!” I już sobie układałem w myślach, co mu powiem po powrocie, gdy uśmiechnięty Palestyńczyk wręczał mi dwie „prawosławne” świeczki i pudełko zapałek. Suma, jaka przy tym wymienił wydawała mi się w tych warunkach niewygórowana. Szybko odliczyłem i podałem mu zaproponowaną kwotę. Jego uśmiech przez moment stał się jeszcze szerszy. Otworzył kratę i zaprosił mnie do środka. Gdy wszedłem krata znów zgrzytnęła. Usłyszałem zamykaną kłódkę i dwa słowa „Good luck”.

Jestem w Tunelu Ezechiasza – pomyślałem. Naprawdę tu jestem! Wszystkie historyczne miejsca w Ziemi Świętej, jakie dotąd widziałem, nawet jeżeli poparte były mocnymi świadectwami Pisma Świętego, tradycji i archeologii, to opatulała je gruba warstwa ścian i dachów, malowideł i zasłon lub ewentualnie płożyły się jedynie jako grupa ruin pośród skał i piachu. Tu w tunelu jest zupełnie inaczej. Opuszkami swych palców dotykałem czystej historii i starotestamentalnych opowiadań. Przeniosłem się w czasie. Teraźniejszość ostatnich miesięcy XX w. odpłynęła i stała się daleką przyszłością, a przeszłość stała się teraźniejszością. Nie docierały już do mnie żadne dźwięki z zewnątrz. Słyszałem tylko szum wody. Zdjąłem trekkingowe buty i włożyłem je do plecaka. Podwinąłem spodnie i trzymając zapaloną świeczkę, ruszyłem w ciemność. Z każdym krokiem woda sięgała coraz wyżej. Przypomniał mi się fragment z Księgi Ezechiela o strumieniu, który wypływał ze świątyni i nabierając mocy płynął ku Morzu Martwemu, symbolice śmierci. Ta woda przed wiekami również miała dać życie. 

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".