Rozeznanie

(215 - kwiecień - maj 2017)

z cyklu "Pamięć świadków"

Wsłuchana w liturgię

Dorota Seweryn, Regina, Nina Majek, Kasia, rodzina Pińczukiw

15 grudnia 2016 r. zmarła w Lublinie Irena Kucharska, członkini Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła, należąca do Centralnej Diakonii Liturgicznej Ruchu Światło-Życie.

Irena Kucharska związana rodzinnie z ks. Franciszkiem Blachnickim, pierwszy raz w oazie uczestniczyła w 1964 roku, od 1967 r. związana była z Ośrodkiem Ruchu w Lublinie na Sławinku. 

Jej szczególną posługą była praca nad materiałami formacyjnymi i liturgicznymi. We współpracy z ks. Franciszkiem Blachnickim i ks. Wojciechem Danielskim przygotowywała lekcjonarze, mszały, modlitewniki na poszczególne stopnie oazy, teksty liturgii godzin na spotkania centralne Ruchu i na oazy modlitwy. Była współautorką materiałów do X Kroku „Agape”, na podstawie wskazówek ks. Blachnickiego opracowała materiały do VII kroku „Liturgia”. 

W ostatnich latach dbała szczególnie o komentarze liturgiczne i modlitwę powszechną podczas spotkań uczestników Ruchu – opracowywała i odczytywała m.in. komentarze do psalmów Liturgii Godzin w czasie Kongregacji Odpowiedzialnych oraz Oazy Rekolekcyjnej Diakonii Jedności.

 

 

Irena Kucharska znana jako Ika (imię będące skrótem jej imienia i nazwiska) została osierocona przez matkę w drugim roku życia. Ojciec ożenił się drugi raz z siostrą czcigodnego sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego Adą Blachnicką. W ten sposób ks. Franciszek stał się jej wujem. Z rodzicami przyjeżdżała do wuja do Krościenka i spotykała się też z nami – Wspólnotą Niepokalanej Matki Kościoła. Mając 15 lat, wzięła udział w drugiej oazie Niepokalanej (dla młodzieży żeńskiej) w Tylmanowej w 1964 roku.

Ika była bardzo inteligentną dziewczyną, dobrze rozumiała, co wuj robi, podobało jej się to i akceptowała to. Postanowiła sobie, że jak zda maturę, będzie miała 18 lat i dowód osobisty, to przyłączy się do tej pracy i do wspólnoty, którą wuj prowadzi.

Ale gdy podzieliła się planami z rodzicami, natychmiast się sprzeciwili. Jej ojciec, pan Kucharski, chciał, żeby jego dzieci wszystkie zdobyły wykształcenie, tym bardziej pragnął tego dla Iki, która była najmłodszym dzieckiem z jego pierwszego małżeństwa. Powiedział jej, że nigdy się na to nie zgodzi. Po pierwsze – najpierw musi zdobyć wykształcenie, a po drugie – powinna sobie poszukać czegoś lepszego, a nie takie ubóstwo pod każdym względem, jakie stanowi ta wspólnota i to miejsce, jakim jest Krościenko. Mama Iki, znając jej upór, wiedziała, że Ika będzie chciała dopiąć swego, więc schowała jej dowód osobisty.

Pewnego dnia, gdy rodziców nie było w domu, Ika postanowiła odnaleźć swój dowód. Gdy go znalazła, nie zastanawiając się, spakowała swoje osobiste rzeczy, na stole zostawiła kartkę dla rodziców i wyjechała.

Pan Kucharski długi czas miał żal do ks. Franciszka Blachnickiego, posądzając go o to, że to on namówił jego córkę do włączenia się do tego dzieła. Ale była to nieprawda, bo ks. Blachnicki nigdy nikogo nie namawiał do przyłączenia się do wspólnoty i jego dzieła, tym bardziej swojej siostrzenicy. Pan Kucharski i ks. Blachnicki prowadzili ze sobą w tej sprawie korespondencję, która się zachowała. Ale będąc na łożu śmierci, pan Kucharski podziękował ks. Franciszkowi za to, że Ika jest we Wspólnocie Niepokalanej Matki Kościoła i że współpracuje z nim. Powiedział też, że teraz, odchodząc, jest o nią spokojny, bo jest w dobrych rękach.

Ika skończyła studia na KUL-u i cały czas pracowała dla Ruchu Światło-Życie, w oazach, a przede wszystkim w diakonii liturgicznej, wnosząc dużo dobra. Przygotowywała wszelkiego rodzaju komentarze liturgiczne itp. Pozostawiła wielki skarb, gromadząc i porządkując ukazujące się od Soboru Watykańskiego II  materiały liturgiczne.

Ika była także uzdolniona manualnie: robiła na drutach, szydełkowała. Nie chodziła do fryzjera, lecz sama obcinała sobie włosy i robiła fryzurę – zawsze wyglądała nienagannie. Każdą pracę wykonywała dokładnie i do końca – nigdy nie próżnowała.

Pan obdarzył ją krzyżem choroby od młodzieńczych lat – cukrzycą, którą znosiła bardzo dzielnie. Nigdy nie słyszałam z jej ust ani jednego słowa skargi. Była bardzo dyscyplinowana co do brania leków, zachowywania diety – w tym ją szczególnie podziwiałam. Była dla siebie bardzo surowa i wymagająca.

W ostatnich miesiącach przed śmiercią czuła, że siły ją opuszczają, a jeszcze tyle chciała zrobić. Mówiła o tym spokojnie, bez jakiegoś żalu do Pana Boga. Myślę, że Jego wolę przyjmowała z całym poddaniem się.

Dziękuję Panu Bogu za jej życie całe oddane i poddane Jemu i za każde dobro, które wniosła do Ruchu Światło-Życie, szczególnie za to, co robiła dla piękna i właściwego rozumienia liturgii.

Dorota Seweryn

 

Ikę poznałam w grudniu 1979 r. W czasie nabożeństwa w ostatni dzień roku modliła się za osoby z którymi wtedy mieszkała, wymieniała je po imieniu i dziękowała Panu Bogu, że dzięki nim żyje. Zdziwiła mnie ta modlitwa, zrozumiałam ją, gdy dowiedziałam się, że choruje na cukrzycę. Potem, przez kilka lat w czasie wakacji, byłam wysyłana bo Lublina, by pomagać Ice, robiłam to jak mogłam najlepiej, ale nie było to łatwe. Wiele razy udzielałam pomocy gdy zapadała w śpiączkę. W czasie tych pobytów w Lublinie podczas nieszporów modliłyśmy się w intencji rekolekcji oazowych, które odbywały się w poszczególnych diecezjach. Ika dbała o to, by nie pominąć żadnej diecezji, żadnego ważnego wydarzenia w życiu trwających oaz. 

O swojej posłudze w Diakonii Liturgicznej mówiła zwyczajnie, ale też dzieliła się jakimiś ciekawostkami, czymś co odkryła, co ją uradowało, planami na przyszłość. Pod koniec życia także realnym stwierdzeniem: ja już tego nie zrobię... Zajmowała się ważną posługą  w Ruchu, ale też cieszyła się z tego, że może sobie czy komuś zrobić coś na drutach. Miała zdolności manualne, praktyczne (jej tata chciał by studiowała architekturę), potrafiła umeblować kuchnię nie przesuwając żadnego mebla – nie miała na to siły – ale dokładnie wymierzyła pomieszczenie, meble i w doskonale urządzonej kuchni dobrze się pracowało. Dzięki temu, że potrafiła sobie bardzo dobrze zorganizować pracę, zrobiła tak dużo.

Na ile tylko zdrowie jej pozwalało, przygotowywała kalendarze liturgiczne na czas trwania oaz wakacyjnych, lekcjonarze, modlitewniki na Kongregacje, Triduum Paschalne, COM i inne wydarzenia Ruchu. Przygotowywała też i wygłaszała komentarze do czytań, psalmów, modlitw, śpiewów by skoncentrować uwagę na modlitwie, by wydobyć to co najistotniejsze. 

W swojej wrażliwości potrafiła zauważyć człowieka potrzebującego i obdarować go rozmową, mądrą radą, dobrym słowem. Nie zawsze była zrozumiana i często pozostawała z tym sama.

Ufam, że teraz uczestniczy już w pięknej liturgii w niebie.

Regina Przyłucka

 

Po raz pierwszy z Iką spotkałyśmy się na początku lat 90-tych w Krościenku na Oazie Rekolekcyjnej Diakonii Liturgicznej, którą prowadził ks. Stanisław Szczepaniec. I myliłby się ktoś, kto patrząc na następne lata naszej znajomości stwierdziłby, że to była przyjaźń od pierwszego wejrzenia. O nie! Nic w tych rzeczy! Ani od pierwszego wejrzenia, ani od drugiego! Na tym ORDL-u w Krościenku byłam bardzo wdzięczna Panu Bogu, że nie trafiłam do małej grupy, której animatorką była Ika, bo bym chyba nie wytrzymała. Wydawało mi się wówczas, że Ika to kompletnie nie mój styl: zasadnicza, stanowcza, stonowana w emocjach, bardzo kompetentna, bardzo wymagająca. Na szczęście wydawało mi się. 

Moje zaangażowanie w Centralnej Diakonii Liturgicznej sprawiło, że wkrótce pojawiło się sporo punktów stycznych z Iką, która „działce” liturgii pracowała od dawna i musiałam się trochę przemóc do osobistych z nią kontaktów. Szybko się okazało, że kto nie odważył się, by poznać ją bliżej, sporo tracił, bo Ika w dłuższym i bliższym kontakcie bardzo zyskiwała. To, czym wręcz zrażała zwłaszcza nas „żóltodziobów” na początku, ta zasadniczość, stawianie wymagań, brak pokazywania emocji, szybko dało się wytłumaczyć i uargumentować, że ona po prostu inaczej nie potrafi. Przełomem w naszej znajomości był chyba jeden z wyjazdów na Kongregację Odpowiedzialnych do Częstochowy, na który Ika przyjechała chora, z bardzo skaczącym cukrem i już nie miała wyboru, żeby pewne sprawy wytłumaczyć i „małolatę” w pewne rzeczy wtajemniczyć. Musiała się otworzyć, żeby opowiedzieć o sobie i o chorobie, z którą zmagała się od lat. To była zupełnie inna Ika, a jednocześnie przecież ta sama: stanowcza, bo życie z okropną odmianą cukrzycy, którą miała, wymagało od niej drakońskiej diety i konsekwencji do bólu w przestrzeganiu zaleceń lekarskich; bardzo samodzielna i zasadnicza, a jednocześnie żyjąca ze świadomością, że musi się nauczyć polegać na ludziach, którzy są obok niej, bo w nagłym przypadku tylko oni mogą udzielić jej pomocy; stawiająca wymagania, ale na pierwszym miejscu sobie, a dopiero potem innym; stonowana w emocjach, bo w wielu sytuacjach doświadczała niezrozumienia ze strony tych, którzy powinni być z nią najbliżej i wspierać ją, gdy zachodzi taka potrzeba. W kwestii tego jej „braku pokazywania emocji”, który jej wielu zarzucało, to ja do dziś pamiętam jej autentyczne i ogromne wzruszenie, gdy w czasie przeniesienia doczesnych szczątków ks. Franciszka Blachnickiego do Krościenka mogła zejść za trumną do dolnego kościoła, bo pozwolono tam pójść najbliższej rodzinie Ojca Założyciela, a ona do niej należała, o czym chyba niewiele osób wiedziało, bo Ika nigdy się tym nie chwaliła. 

Szybko Ikę bardzo polubiłam, a praca z nią nad rozmaitymi liturgicznymi sprawami stała się z czasem prawdziwą przyjemnością. Wiedziałam, że mogę na nią liczyć, że jeśli krytykuje, to dlatego, że uważa, że coś można poprawić, żeby było jeszcze lepsze, a i ona wkrótce odkryła, że może na mnie liczyć i w sprawach oazowych, i wtedy, gdy z jej zdrowiem zdarzy się coś nieprzewidzianego. Wtajemniczenie mnie z dużymi szczegółami w zasady postępowania z cukrzycą nie raz się przydało na wspólnych wyjazdach i rekolekcjach, bo szczególnie przypadki hipoglikemii były dla niej bardzo niebezpieczne, ponieważ dla ludzi patrzących z boku nic się nie działo, ona dalej była w niby-kontakcie i trzeba było dużego wyczucia, żeby dostrzec, że coś jest nie tak. Ileż razy na wspólnych rekolekcjach trzeba było Ikę jakimś fortelem odciągać od ludzi, bo „zawieszała się” na jakiejś frazie i potrafiła się spierać do bólu, a sama już nic nie pamiętała potem ze zdarzenia, bo niedocukrzenie sprawiało, że nie działała racjonalnie. Trochę łatwiej się jej żyło na co dzień od czasu, gdy dobrzy ludzie wsparli ją w zakupie pompy insulinowej, bo z jej opowiadań można było odnieść wrażenie, że wielu z jej otoczenia uważało zakup tego drogiego sprzętu za fanaberię.

Ostatni raz mieszkałyśmy razem w czasie ubiegłorocznej Kongregacji Odpowiedzialnych i wtedy to ostatni raz miałam okazję jej pomóc. W czasie porannych zajęć w niedzielę połapałam się, że coś jest nie tak. Siedziała obok mnie i Wojtka Kosmowskiego i co chwilę rwał się z nią kontakt, zasypiała, denerwowała się, że o coś ją pytam, zastygała w połowie wykonywanego ruchu, okazało się, że nie ma przy sobie glukometru, który w plecaczku nosiła absolutnie zawsze, ale nie miała go tym razem. Gdy udało się nam wyprowadzić ją do punktu medycznego na Jasnej Górze i dała sobie zmierzyć tam cukier, wynik był już tak niski, że natychmiast dyżurny lekarz zadecydował, by wezwać karetkę, a wraz ze mną podjęto karkołomną próbę podniesienia jej cukru, żeby miała szansę przeżyć (nie mieli na miejscu leków, a próba wmuszenia wtedy w nią czegokolwiek do picia lub jedzenia była prawdziwą szkołą cierpliwości). A Ika – jak to Ika w takich razach – jeszcze kłóciła się z lekarzem, że wszystko ok., że niepotrzebnie została tam przyprowadzona, że do żadnego szpitala nie pojedzie… No i postawiła na swoim i nie pojechała zostając do końca na Kongregacji. 

Ostatni raz rozmawiałam z nią telefonicznie w dzień wyjazdu na ostatnie jesienne DWDD. Od lat Ika układała dla naszej śląskiej filii komentarze do psalmów Jutrzni i Nieszporów, bo chętnie z nich korzystałam przygotowując liturgię. To był pierwszy raz w życiu, gdy Ika mi nawaliła i nie wysłała maila. Dodzwoniłam się do niej w piątek, gdy akurat weszła do domu po powrocie ze szpitala. Mówiła dziwnie, o tym, że już nie potrafią jej leczyć, że ona pamiętała, że ma to dla mnie zrobić, ale w szpitalu nie miała możliwości, bo czuła się bardzo źle, obiecywała, że następnym razem zrobi to wcześniej i nie nawali. Dziś już wiemy, że nie będzie następnego razu. Czy ktoś to i inne liturgiczne rzeczy, którymi zajmowała się od lat, po niej przejmie? Dobrze by było. Mi wielokrotnie się zdarzało, że zaczynałam o czymś mówić, że warto by było to i to na jakieś rekolekcje przygotować, a wkrótce potem Ika wysyłała maila, że właśnie znalazła taką staroć w swoim komputerze i może mi się na coś przyda, a ta „staroć” to był zwykle gotowiec do tego, co ja chciałam zacząć przygotowywać i 90% roboty miałam z głowy. Jej komputer i domowe archiwum to był prawdziwy skarbiec. 

Jestem wdzięczna Bogu, że miałam okazję ją spotkać w życiu, że mogłyśmy się zaprzyjaźnić, że przez wiele lat była dla mnie bardzo wymagającym recenzentem, ale i wsparciem. I jak zawsze w takich razach zadaję Panu Bogu pytanie: „Czy naprawdę w niebie był Ci potrzebny kolejny liturgista? Ika przydałaby się jeszcze nam…”

Nina Majek

 

Moja formacja po trzecim stopniu przebiegała pod czujnym okiem ks. Piotra Kulbackiego i to dzięki niemu poznawałam „sławne” nazwiska osób ważnych w Ruchu. Znałam wiec Ikę Kucharską z podpisów na książkach i innych wydawnictwach Ruchu, wiedziałam, że odpowiada za piękno liturgii itp. Na jednej z kongregacji odpowiedzialnych odważyłam się do niej podejść i zapytać o melodie do psalmów. Porozmawiała ze mną chwilkę i poprosiła o adres pocztowy. Chwilkę po kongregacji przysłała mi list z nutami. To było niesamowite – otrzymać list od samej Iki! Do dziś mam tę kartkę z nutami od niej.

Moje drugie ważne spotkanie odbyło się podczas Miesięcznej Szkoły Animatora w Krościenku. Dała się wtedy poznać jako encyklopedia wiedzy liturgicznej. Jeśli nawet czegoś nie wiedziała, zaraz starała się dotrzeć do źródeł i odpowiedzieć na zadane pytanie. Prowadziła szkołę liturgiczną i była w tym bardzo delikatna, ale konsekwentna. Wybroniła mnie na egzaminie na koniec tygodnia liturgicznego i wsparła w nieudolnych próbach formacji liturgicznej.

Kiedy przyszłam do INMK, spotkałam się z nią zaraz na pierwszych rekolekcjach. Z powodu zatłoczenia oddałam jej swój pokoik, a sama poszłam spać do małego sekretariatu, zawsze z zażenowaniem wspominała tę zamianę, ale wiem, że była wdzięczna. Po kilku latach, już jako prowadząca MSA, prosiłam Ikę, by odpowiadała za tydzień liturgiczny. Prawie co roku z innym kapłanem prowadziła te warsztaty, ale zawsze z ogromnym zamiłowaniem i konsekwencją.

Przez wszystkie lata w INMK miałam z Iką wiele spotkań, często prosiłam ją o pomoc w przygotowaniu komentarzy liturgicznych na ważniejsze wydarzenia. Zawsze mi pomagała. Ostatnia jej pomoc dotyczyła oprawy liturgicznej I Komunii moich uczniów. Dzięki jej wskazówkom i pomocy liturgia była taka, jak powinna być podczas tych wydarzeń. Po ludzku bardzo za nią tęsknię, choć wierzę, że spotkamy się kiedyś na niebiańskiej liturgii.

Kasia

 

Pierwszy raz spotkałem ją na przełomie lat 80 i 90 ub.w. w Krościenku – wydaje się, że podczas Oazy Rekolekcyjnej Diakonii Jedności. Potem wiele razy byliśmy razem na rekolekcjach: Oaza Rekolekcyjna Diakonii Liturgicznej, Oaza Modlitwy Diakonii Liturgicznej, Centralna Oaza Modlitwy a w ostatnim okresie także na Oazie Jedności Diakonii Liturgicznej. Spotykaliśmy się na Kongregacji Odpowiedzialnych w Częstochowie, w czasie zjazdów Duszpasterzy Służby Liturgicznej i podczas różnych spotkań w Lublinie. 

Gdy przedstawialiśmy się na różnych spotkaniach: ile kto lat jest w Ruchu – ona zawsze była poza konkurencją. W diakonii liturgicznej była „od zawsze”. Wydawała się niepozorna, spokojna, cale uczestniczyła w redakcji wielu materiałów (Katechizm Służby Liturgicznej, podręcznik Triduum, lekcjonarze oaz rekolekcyjnych i mszały oaz), brała udział już około 40 lat temu w spotkaniach Krajowego Duszpasterstwa Służby Liturgicznej. Opracowała wspaniałe pomoce dla lektorów a także zamieściła w sieci zeszyty Biuletynu Odnowy Liturgii. Przygotowywała komentarze liturgiczne i często odczytywała je, zwłaszcza podczas Kongregacji Odpowiedzialnych i Centralnej Oazy Modlitwy. 

Mimo ciężkiej choroby służyła w diakonii liturgicznej. Jej rady i wsparcie były niezwykle cenne.

Wierzę, że uczestniczy teraz w niebieskiej liturgii, a jej gorliwa, cicha, wytrwała praca na rzecz diakonii Ruchu pozostaje wciąż inspiracją dla mnie.

Wojciech Kosmowski

 

Chcemy dać świadectwo o niezwykłej osobie, pani Irenie Kucharskiej, która dla nas była siostrą Ireną. Nigdy jej nie spotkaliśmy, ale jej otwarte serce do zupełnie obcych jej ludzi pozwoliło nam ją bardzo pokochać. Odbieraliśmy ją jako osobę, dla której granica nie jest przeszkodą w okazywaniu pomocy potrzebującym. 

Piszę ten list z Ukrainy, z Żytomierza. Kilkanaście lat temu mój kilkuletni wnuczek zachorował na cukrzycę typu 2. Dla nas to był wielki szok i tragedia. Nie wiedzieliśmy, jak pomóc dziecku, a niezbędne dla cukrzyka narzędzia do pomiaru cukru były bardzo drogie. Prosiliśmy znajomą studentkę, aby zainteresowała się, jaka jest sytuacja w Polsce. Bardzo szybko nasza znajoma zadzwoniła do nas i powiedziała, że jej koleżanka ma znajomą, która wiele lat choruje na cukrzycę i jest bardzo chętna, by pomóc. Czy nie jest to znak Bożej opatrzności? 

Irena kupiła nam glukometr, a potem systematycznie w ciągu prawie 7 lat, przy różnych okazjach, podawała nam paski testowe. Ostatnią paczkę podała nam miesiąc przed swoja śmiercią. Nigdy nie chciała przyjąć od nas żadnych pieniędzy. 

Pisaliśmy do siebie listy, w których ona dawała nam cenne porady, uspakajała nas. Interesowała się nowoczesnymi narzędziami dla cukrzyków i podpowiadała nam, gdzie możemy je kupić. 

Nasza rodzina jest bardzo wdzięczna Irenie za jej dobroć, słowa otuchy, cenne rady. Miłosierdzie – to litość serca, miękkość, współczucie, delikatność, miłość do ludzi. Takim właśnie Bożym darem było wypełnione serce siostry Ireny. Niech Bóg będzie jej nagrodą!

Rodzina Pinczukiw z Żytomierza