Rozeznanie

(215 - kwiecień - maj 2017)

Narzędzie

Agata Jankowiak

Dobrze przeżywany dialog małżeński oferuje nam świadomość bycia wezwanym do nieustannego poszukiwania woli Bożej i przyzwyczajenie do szukania jej razem ze współmałżonkiem

Kiedy zaczynaliśmy naszą drogę w Domowym Kościele (naprawdę było to dawno, nasz krąg w tym roku rozpocznie 30. rok trwania), nie było programu pilotażu kręgów. Nasz krąg powstał z zebranych kilku małżeństw, które miały za sobą formację oazową w latach szkoły średniej i studenckich. Przyzwyczajeni do pracy z materiałami Ruchu, wzięliśmy po prostu podręcznik i zaczęliśmy pracować, po kolei rozgryzając spotkania pierwszego roku pracy. I tak doszliśmy do spotkania na temat dialogu małżeńskiego. Wtedy to zobowiązanie (wtedy częściej pojawiało się określenie „obowiązek zasiadania” – samym zestawem słów budzące opór) miało zdecydowanie „złą prasę”, bardziej zaawansowani na drodze DK od nas mówili o trudnościach, problemach, niechęci do dialogu. W tekście podręcznika (na ile pamiętam) sporą część zajmowało przekonywanie, że „w małżeństwie trzeba rozmawiać”… I chyba mniej więcej w tym czasie otrzymaliśmy zaproszenie na krótkie spotkanie z s. Jadwigą Skudro. Zatłoczona, ciasna salka, niewygodne ławki i drobna s. Jadwiga mówiąca bardzo ciekawe rzeczy. W mojej pamięci z tego spotkania mocno zapisały się dwie kwestie – a jedną z nich jest dialog małżeński.

Po co jest dialog małżeński – rozumiany jako jedno ze zobowiązań, które uroczyście przyjmujemy w ramach naszej drogi formacyjnej, jako jedna z zasad, którymi chcemy się kierować? Wyjaśnia to definicja: „Mąż i żona, co miesiąc razem, w obecności, Bożej zastanawiają się, jaka jest myśl Boża i wola Boża odnośnie ich małżeństwa i rodziny, po to, aby ją lepiej wypełniać”.

A więc głównym celem dialogu małżeńskiego nie jest „spotkanie małżonków na randce”, nie jest „wypowiadanie/łagodzenie pretensji i rozwiązywanie sporów/godzenie się”, nie jest „miły czas małżeńskiej pogawędki”, nie jest nawet „szczególny czas modlitwy”. I jeszcze pewnie wiele innych „nie jest” mogłabym wypisać. Albo ujmijmy to inaczej – te wszystkie sprawy mogą się dokonywać podczas dialogu, ale nie one są głównym celem. Celem jest „zastanawianie się, jaka jest myśl Boża i wola Boża odnośnie do naszego małżeństwa i rodziny, po to, aby ją lepiej wypełniać”.

Nie wiem, czy inni uczestnicy wspomnianego wyżej spotkania z s. Jadwigą mieli podobne odczucia. Dla mnie było to spotkanie w sposób fundamentalny zmieniające moje spojrzenie na dialog w rozumieniu DK. Nie mieliśmy chyba nigdy w naszym małżeństwie problemów z rozmową, wręcz przeciwnie, zawsze lubiliśmy ze sobą gadać o wszystkim. Tamto wieczorne spotkanie pokazało mi, że w dialogu małżeńskim chodzi o coś więcej, niż o nawet najgłębsze i najbardziej otwarte pogadanie po zaproszeniu do rozmowy Pana Boga. Choć nie padło wówczas dokładnie takie sformułowanie, dialog jest metodą rozeznawania woli Bożej. Dla nas. I dla naszej rodziny.

I dlatego, jeżeli jakieś małżeństwo z Domowego Kościoła stwierdza: „My ciągle ze sobą rozmawiamy, nie potrzebujemy więc dialogu małżeńskiego”, można zadać pytanie o to, czy i w jaki sposób starają się rozpoznawać wolę Bożą dla siebie jako małżonków i swojej rodziny.

 

A małżonkom starającym się wiernie praktykować dialog (do czego się zresztą zobowiązujemy deklarując wobec wspólnoty wejście do DK) można zadać pytanie: „Czy rzeczywiście traktujecie dialog małżeński jako miejsce szukania i rozpoznawania woli Bożej?”.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".