Przekazywanie wiary

(214 - styczeń - marzec 2017)

Trudny przekaz

ks. Krzysztof Mierzejewski

Dlaczego czasami się nie udaje?

Kruchta kościelna. Płaczące dziecko na rękach. Rzut oka na chrzestnego, czy aby na pewno nie zapomniał o świecy. I ksiądz, który stawia pytanie o świadomość obowiązku. Obowiązku wychowania w wierze. Odpowiedź, krótka i łatwa. Ale to, co za nią się kryje – jakże skomplikowane, wielowymiarowe i rozciągnięte na lata, w pewnym sensie – na całe życie. Dlaczego czasami się nie udaje? Czy zawsze to kwestia braku świadomości, dobrych chęci? Co zrobić, gdy po latach stwierdzi się, że czegoś zabrakło, że coś jest nie tak, jak miało być?

Na początek warto zaznaczyć, że ilu ludzi, tyle sytuacji. I pewnie nie da się przedstawić jakiegoś schematu, który pasowałby do wszystkich okoliczności życia, ani udzielić uniwersalnej odpowiedzi. Spróbujmy zatem przyjrzeć się kilku przypadkom. Dla mnie wszystkie one mają konkretne imiona, wygląd, historię. Z oczywistych względów pozostaną one w moim sercu, ale mam wrażenie, że uchylając rąbka tego, czym są owe przypadki, można skutecznie pomóc osobom, które odnajdą w nich cząstkę swojej historii. A zatem: ad rem.

Religijność tradycyjna

„Proszę księdza, mój syn przestał chodzić do kościoła, wnuków nie prowadzi, synowej też nie zależy. Nie wiem, jak to możliwe. My zawsze z nim chodziliśmy. I ja, i żona, od zawsze, od dziecka. Nie wiem, co się stało”. Po rozmowie dochodzą kolejne fakty. Mój rozmówca swoją wiarę przeżywa w sposób dość tradycyjny. Praktykuje, bo tak został nauczony. Przeszło z ojca na syna. Religia to dobra tradycja. A tradycja to przecież przekaz. I tak to działało przez pokolenia. Aż tu nagle – krach. Niepowodzenie. 

Mój rozmówca widzi w całej sytuacji swoją osobistą porażkę. I może nie tyle martwi się wprost o życie wieczne swoich dzieci, co przeszkadza mu swoiste zakłócenie porządku rzeczy. Nie, w żadnym razie nie chcę go osądzać. W jego przypadku tradycyjna wiara spełniła swoje zadanie. Kochał swoją żonę, do dziś nie może pogodzić się z jej odejściem. Spełnił się jako ojciec. Dziś modli się za swoją rodzinę, choć pewnie jest jedynym jej członkiem, który to robi. Ma jednak świadomość porażki. Z dnia na dzień jest ona coraz bardziej przejmująca. 

Dlaczego w tym przypadku przekaz nie nastąpił? Albo dlaczego nastąpił w niewystarczającym stopniu? Dlaczego to po prostu nie zadziałało? Trudno powiedzieć. Może na pewnym etapie zabrakło świadectwa? Może religijność nie była zbyt zakorzeniona w życiu codziennym? A może inaczej – wszystko pozostawało na gruncie tradycji. Zabrakło spotkania z Bogiem osobowym. I o ile w życiu mojego rozmówcy to spotkanie jakoś się dokonało, choć pewnie nie można mówić o przyjęciu Jezusa jako Pana i Zbawiciela, o tyle nie zostało powielone w życiu dzieci i wnuków. Możliwe, że kolejne pokolenia potrzebowały czegoś więcej, czegoś, czego tradycyjna religijność nie była w stanie im dostarczyć.

Nawróceni po latach

Podobne powody, może poza tym ostatnim mogą tłumaczyć sytuację, w której rodzice rozwijają swoje życie duchowe, to jednak sprawia, że duchowo raczej oddalają się od swoich dzieci niż cementują swoją z nimi relację. Dlaczego? 

„Proszę księdza, w Ruchu jesteśmy od siedmiu lat. Pan Bóg tyle w naszym życiu pozmieniał. Inaczej przeżywamy liturgię, dopiero teraz naprawdę jesteśmy małżeństwem. Odkrywamy siebie nawzajem. I nasza Kasia tak kocha Oazę. Mówimy, że jest takim dzieckiem oazowym. Urodziła się rok przed naszym nawróceniem. I była z nami na wszystkich rekolekcjach. Ale Magda i Tomek… oni, proszę księdza przechodzą trudny okres, wie ksiądz. Magda mieszka z chłopakiem, tłumaczy, że przecież się kochają, że tak jest taniej… A Tomek, no cóż – gimnazjalny bunt. Wszystko na nie. O Oazie nie chce słyszeć. Do modlitwy klęka z nami tylko na wyraźną prośbę, przy tym co chwilę wzdycha i ostentacyjnie spogląda na zegarek…” No i mamy trzy różne przypadki. Zacznijmy od końca. 

Dorosła

Magda – dla niej religijni rodzice to zupełna abstrakcja. Patrzy na nich przez palce. Owszem, cieszy się, bo wyglądają na szczęśliwych, ale nie kupuje tej ich zmiany. Na starość podobno wszyscy pobożnieją. Hasła typu: dialog małżeński, Boża miłość, modlitwa rodzinna mają dla niej – delikatnie mówiąc – dość egzotyczny wydźwięk. Mieszka poza domem, w pewnym sensie można powiedzieć, ze się usamodzielniła. W pewnym sensie na przekaz wiary jest za późno. Zresztą żyje teraz innymi rzeczami niż rachunek sumienia i dziesięć przykazań. 

Co pozostaje rodzicom? Modlić się i czekać. Nie wywierać nacisków z cyklu: nie dostaniesz od nas pieniędzy, jeśli… Raczej, dać jasno do zrozumienia, co rodziców boli, na co trudno im się zgodzić, ale jednocześnie stwarzać atmosferę wsparcia i budować w córce świadomość, że dom zawsze będzie dla niej bezpiecznym portem, do którego może przybić po każdym życiowym sztormie. I paradoksalnie – taki właśnie sztorm – mniejszy, czy większy może stać się okazją do odnowienia przekazu wiary. Oczywiście – na innym poziomie. Ale tam, gdzie otwiera się przestrzeń refleksji, otwiera się także religijność, co do której istnienia ktoś nawet nie był specjalnie przekonany. 

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".