Rozeznanie

(215 - kwiecień - maj 2017)

Wyrozumiała łagodność

Agnieszka Dzięgielewska

Problem z określeniem wymagań stawianych wierzącym jest tak stary, jak samo chrześcijaństwo. Rozeznanie, jako akt wiary, a zarazem działanie rozumu, nie daje się zamknąć w żadne ramy…

Chrześcijaństwo pojawiło się najpierw w świecie kultury żydowskiej i w naturalny sposób przejęło ścierające się w niej modele podejścia do restrykcyjnego przestrzegania przykazań. Do dzisiaj w literaturze dotyczącej duchowości można wśród wymienianych opisów rodzajów sumienia spotkać sumienie faryzejskie, które występuje wtedy, gdy ktoś bardziej niż duchowym aspektem przykazań przejmuje się samymi tylko zewnętrznymi praktykami religijnymi i stawia większe wymagania bliźnim niż samemu sobie.

Tymczasem Jezus, zapytany przez uczniów o pierwsze, największe spośród przykazań, wskazuje na miłość – „Będziesz miłował Pana Boga swego – całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy” (Mt 22, 37-40). To miłość – Boga i bliźniego – jest źródłem, z którego wypływa motywacja do przestrzegania przykazań. 

Miłość, realizująca się w wolności, może być wyrażana na wiele sposobów. Wiemy o tym doskonale z relacji międzyludzkich. Jednym z jej aspektów jest lojalność i wierność – wierność przyrzeczeniom, wzajemnym ustaleniom, obietnicom. Na tym samym polega miłość okazywana Bogu poprzez przestrzeganie Jego przykazań – takich, jakie nam dał. W swoim Kazaniu na górze Jezus uczy, że „Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w Królestwie Niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w Królestwie Niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego” (Mt 5, 18-20). Ani jedna jota, czyli nawet najmniejsza spośród wszystkich liter hebrajskiego alfabetu. Ani jedna kreska, mały znak interpunkcyjny czy część litery – nie zostaną zmienione. „Sprawiedliwość” faryzeuszy polegała na drobiazgowym dokładaniu do przykazań kolejnych nakazów i zakazów. Nasza sprawiedliwość, prowadząca do zbawienia, ma być większa. Mamy wypełnić wszystko, czego nauczył nas Jezus. Wszystko i ani odrobinę mniej. Ale też wszystko i ani odrobinę więcej. 

To nie znaczy, że od dzisiaj możemy przestać stawiać sobie wymagania i zatrzymać się na minimalizmie. Miłość jest przecież szczodra w dawaniu. Trzeba jednak – za pomocą rozeznania – oddzielić to, co mam robić, bo jest to konieczne do zbawienia, od tego, co chcę zrobić z miłości, zaangażowania, tego jak rozumiem realizację powołania czy posługę. Miłość względem Boga, Kościoła czy bliźniego (rozumiana jako agape) nie jest wolna od wszystkich wypaczeń, jakie znamy z miłości międzyludzkiej – ciągle bowiem pozostaje miłością człowieka, którego natura nie jest doskonała. I tak jak w relacjach między ludźmi można realizować wyniszczający model miłości, miłość toksyczną, uzależniającą, wyniszczającą samego siebie, tak samo można postępować w życiu duchowym. Współczesne modele życia nie ułatwiają nam tego zadania – w każdym niemal poradniku znajdują się hasła nawołujące do życia na 100 procent. Nawet jeśli mówi się o równowadze między życiem zawodowym i prywatnym, to zazwyczaj wskazówki mają nas doprowadzić do tego, aby na obu płaszczyznach dać z siebie jak najwięcej, tylko przy zachowaniu odpowiednich proporcji. Taka postawa jest nagradzana, chwalona. Łatwo się w tym zgubić i przenieść taki model na życie duchowe.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".